To były dwa zupełnie inne spotkania w naszym wykonaniu. Ale rywali również. W sobotę nasza wygrana nie podlegała dyskusji, zwłaszcza po przerwie, gdy totalnie zdominowaliśmy boiskowe wydarzenia. Za to dzień później walka o niemal każdy centymetr Grupa Moderator Areny trwała praktycznie do samego końca.
Ostatecznie jednak w końcówce zachowaliśmy nieco więcej chłodnej głowy, zaś w szeregach SKS-u widać już było duże zmęczenie, efektem czego objęliśmy w serii prowadzenie 2-0.
Pierwsza kwarta sobotniego spotkania w całej rozciągłości należała do nas. Wprost nie do zatrzymania dla rywali w tej części był Martyce Kimbrough. Pierwsze cztery rzuty z dystansu naszego strzelca dziurawiły kosz SKS-u, co pozwoliło nam zbudować kilkupunktowe prowadzenie. Było wtedy już 18:11 i o czas zdecydował się poprosić szkoleniowiec przyjezdnych, Darko Radulović. Do końca tej części niewiele się jednak zmieniło, gdyż nasza gra cały czas była bardzo konsekwentna.
Ostatecznie po dziesięciu minutach na tablicy wyników było 25:14. Kłopoty zaczęły się jednak w kolejnej odsłonie. Nie od razu. Początkowo kontrolowaliśmy bowiem przebieg starcia, jednak zaczęliśmy podejmować coraz gorsze decyzje w ofensywie. Z naszej strony pojawiło się zdecydowanie więcej gry indywidualnej, co nie przynosiło efektu w postaci trzymania wyniku, gdyż rywale zaczęli gonić, wykorzystując popełniane przez nas błędy.
Gdy na dwie minuty przed końcem pierwszej połowy dwa „oczka” zdobył Karol Gruszecki, było jeszcze 41:32. Wszystko posypało się więc w zaledwie sto dwadzieścia sekund. Dwa osobiste wykorzystał Michał Sitnik, a z dystansu przymierzyli Damian Jeszke i Bartosz Majewski, który trafił równo z końcową syreną, więc to tym bardziej sprawiło, że goście schodzili do szatni bardzo naładowani, my z kolei wyraźnie podłamani straconą w tak krótkim czasie przewagą.
Po dwudziestu minutach nasze prowadzenie stopniało do zaledwie punktu. Mieliśmy też tylko pięć asyst, co jest jakby najlepszym potwierdzeniem mało zespołowej gry z naszej strony. To musiało ulec zdecydowanej poprawie po przerwie, jeśli myśleliśmy o dowiezieniu korzystnego rezultatu do ostatniej syreny. I w trzeciej kwarcie, mimo początkowych problemów i rozluźnienia, zaczęliśmy na nowo budować naszą przewagę. Znów pojawiły się akcje dwójkowe, co pozwoliło nam odskoczyć na kilka „oczek”.
Po trójce z narożnika Michała Chylińskiego zrobiło się 54:47, a gdy po chwili rywale nie zdobyli punktów i w kontrze na ich kosz popędził Karol Kamiński, dołożyliśmy kolejne dwa „oczka” i o timeout poprosił trener Starogardzian. Grę drużyny przyjezdnych zaczął coraz częściej brać na swoje barki Adrian Kordalski, dzięki czemu ci - mimo że tracili do nas kilka posiadań - cały czas trzymali się jednak stosunkowo blisko. Dwie trójki z narożnika zaaplikował nam także Damian Jeszke.
Tym samym mecz mógł się podobać. Tym bardziej, że przebudził się też Adam Kemp. Nasz środkowy do przerwy nie wywalczył choćby punktu, a po trzeciej kwarcie miał ich osiem na swoim koncie. Chętnie akcje dwójkowe grali z nim nasi obwodowi, co było jakby pewnym zaskoczeniem dla rywali. Ostatecznie po trzydziestu minutach zdołaliśmy zbudować sobie dziesięciopunktowy zapas nad gośćmi z Kociewia (69:59). W ostatniej ćwiartce wystarczyło więc już jedynie dopilnować korzystnego rezultatu, co udało nam się bez problemów.
Wprawdzie od punktów tę część rozpoczęli rywale, ale później nasza sekwencja sześciu „oczek” zmusiła Darko Radulovicia do ponownego poproszenia o przerwę. Ta jednak na niewiele się zdała, bo szliśmy za ciosem, raz po raz wyprowadzając kolejne. A jak już idzie, to idzie. I nam szło. Trójka Tyce'a Kimbrough dała nam osiemnaście punktów zapasu. Gdy z kolei dwa razy z linii rzutów wolnych w połowie kwarty trafił Kuba Andrzejewski, było już +20 dla nas (87:67). Wtedy stało się pewnym, że tylko jakiś kataklizm może nam odebrać końcowy triumf
Nic takiego ostatecznie nie miało jednak miejsca! Do samego końca przypilnowaliśmy rezultatu, a trener Radulović - zdając sobie sprawę z tego, że jest już po meczu, a w perspektywie jest jeszcze niedzielne starcie - dał odpocząć Mateuszowi Bartoszowi, Damianowi Jeszke oraz Bartoszowi Majewskiemu. U nas za to na sam koniec szansę dostali jeszcze Bartosz Ptak, Mikołaj Kachelski oraz Krzysztof Borkowski, bo i Grzegorz Skiba miał już ten komfort, że mógł dać odpocząć swoim podstawowym zawodnikom przed meczem numer 2.
Niedzielne starcie dla odmiany rozpoczęło się dla nas bardzo źle. Słaba skuteczność z gry, wynikająca przede wszystkim z bardzo dobrej defensywy przeciwników, spowodowała, że przegrywaliśmy na początku już 2:10. Jedyne punkty w tym czasie zdobył dla nas Martyce Kimbrough. Rywale większość swoich akcji w ataku organizowali z kolei, grając przez skutecznego Mateusza Bartosza. Naszą grę rozruszali nieco weterani - Marcin Nowakowski oraz Michał Chyliński - ale to i tak goście utrzymywali przewagę.
My za to totalnie nie potrafiliśmy znaleźć swojego rytmu. Na potęgę pudłowaliśmy zwłaszcza z dystansu (1/8 w pierwszej kwarcie), co jest przecież naszą główną bronią i co dało nam dużą przewagę w sobotnim pojedynku. Efekt tego był taki, że po dziesięciu minutach na tablicy było 9:16. Początek drugiej odsłony przyniósł nam dla odmiany celną trójkę Tyce'a. Po chwili to samo zrobił jeszcze Karol Kamiński i wściekły trener Darko Radulović poprosił o czas.
Od razu po timeoutcie podopieczni macedońskiego szkoleniowca wzięli się do solidnej pracy. Punkty z półdystansu zdobył Bartosz Majewski, akcją 2+1 popisał się Mateusz Bartosz, pod nasz kosz wbił się Michał Sitnik i zrobiło się 15:23, więc to z kolei Grzegorz Skiba poprosił o czas dla siebie i swoich graczy. I to wtedy my zagraliśmy dwie dobre akcje w ataku, więc zespoły znów dzieliło tylko jedno posiadanie. Długo to nie trwało. Kolejne akcje to dalszy popis ekipy z Kociewia, która wyszła nawet na 11-punktowe prowadzenie.
I wtedy sprawy w swoje ręce znów wzięli nasi weterani - konkretnie Karol Gruszecki oraz Michał Chyliński. Po punktowych akcjach tego duetu swój drugi czas na żądanie wziął Darko Radulović. Od tego momentu żadna z drużyn nie była już w stanie jakkolwiek przejąć meczu na tyle, by znacznie odskoczyć rywalowi. W efekcie po dwudziestu minutach na tablicy wyników było 31:33. I po zmianie stron nastąpiła niejako powtórka z rozrywki z soboty. Lepsza organizacja gry po obu stronach parkietu od razu przyniosła dla nas wymierny efekt.
Prym wiódł zwłaszcza Karol Kamiński, po którego dwóch kontratakach było 40:33 i o czas poprosił Darko Radulović. I od tego momentu tak kolorowo już nie było. Rywale po wskazówkach od swojego szkoleniowca wzmocnili obronę i dołożyli do tego m.in. dwa celne rzuty trzypunktowe, w tym jeden mocno sytuacyjny Arkadiusza Adamczyka. Skrzydłowy SKS-u Fulimpex czuł się zresztą w tej części wręcz wybornie w Grupa Moderator Arenie, trzymając swój zespół w tym meczu.
Ostatecznie to jednak my prowadziliśmy po trzydziestu minutach, bo na sam koniec kosz rywali przedziurawił jeszcze wyraźnie skuteczniejszy po przerwie Tyce. Mimo to nie było aż tak dobrze, jak w sobotę. Wtedy mieliśmy bowiem 10-punktowy zapas przed ostatnią kwartą, a w niedzielę prowadziliśmy zaledwie 51:50. I mimo że ostatnią odsłonę od trójki zaczął ponownie Tyce, w dalszym fragmencie nie byliśmy w stanie odskoczyć.
Ale rywale także zacięli się w ataku i dopiero Karol Kamiński - celną trójką z narożnika - przerwał strzelecki impas obu ekip. Na nieco ponad cztery minuty przed końcem wyszliśmy na +10. Najpierw swoje w kontrze zrobił Karol Gruszecki, a po kilku akcjach trójkę dorzucił jeszcze Tyce Kimbrough i było 62:52. To jednak nie był jeszcze koniec emocji w tym meczu. Martyce i Karol Gruszecki wyprowadzili nas wprawdzie na +11, ale na minutę i osiem sekund przed końcem - gdy z dystansu przymierzył Michał Sitnik - było 66:61 i o czas musiał prosić Grzegorz Skiba.
Na nasze nieszczęście nie zdobyliśmy po tym timeoutcie punktów i zrobiło się jeszcze bardziej nerwowo. Obie strony zepsuły jednak po kolejnej akcji. Sebastian Kowalczyk jakby przestraszył się potencjalnego bloku i jego floater nie był celny, ale my także się nie popisaliśmy, w odpowiedzi tracąc piłkę na rzecz rywali. Ci mieli jedenaście sekund do końca i pięć „oczek” do odrobienia. Gościom zajęło jednak zbyt wiele czasu zorganizowanie się ze swoją akcją i dopiero na niecałe cztery sekundy przed końcem Michał Sitnik został sfaulowany przez Karola Gruszeckiego
Skrzydłowy SKS-u celowo spudłował druga próbę, ale piłki z tablicy nie zebrał żaden z jego kolegów, a Patryk Kędel, który od razu został sfaulowany przez Damiana Jeszke. Nasz zawodnik wykorzystał obie próby z linii rzutów wolnych i tym samym przypieczętował drugi triumf naszej drużyny nad Starogardzianami. To daje nam więc naprawdę duży handicap przed wyjazdem na Kociewie, gdzie przecież lekko nie będzie, bo rywale nie będą chcieli łatwo oddać swojego terenu.
- mecz
Enea Abramczyk Astoria Bydgoszcz – SKS Fulimpex Starogard Gdański 101:78 (25:14, 16:25, 28:19, 32:19)
Enea Abramczyk Astoria: Martyce Kimbrough 34, Karol Gruszecki 16, Karol Kamiński 14, Adam Kemp 10, Patryk Kędel 8 - Jakub Andrzejewski 14, Michał Chyliński 3, Bartosz Ptak 2, Krzysztof Borkowski 0, Mikołaj Kachelski 0, Marcin Nowakowski 0.
SKS Fulimpex: Damian Jeszke 13, Bartosz Majewski 13, Adrian Kordalski 12, Mateusz Bartosz 9, Michał Sitnik 9 - Rafał Komenda 8, Mateusz Górka 5, Sebastian Kowalczyk 5, Arkadiusz Adamczyk 4.
- mecz
Enea Abramczyk Astoria Bydgoszcz – SKS Fulimpex Starogard Gdański 68:62 (9:16, 22:17, 20:17, 17:12)
Enea Abramczyk Astoria: Martyce Kimbrough 24, Karol Gruszecki 13, Karol Kamiński 10, Adam Kemp 7, Patryk Kędel 6 - Marcin Nowakowski 6, Michał Chyliński 2, Jakub Andrzejewski 0, Bartosz Ptak 0.
SKS Fulimpex: Michał Sitnik 17, Mateusz Bartosz 13, Bartosz Majewski 9, Damian Jeszke 3, Adrian Kordalski 2 - Arkadiusz Adamczyk 13, Sebastian Kowalczyk 3, Rafał Komenda 2, Mateusz Górka 0.
stan rywalizacji po dwóch meczach: 2-0 dla Enea Abramczyk Astorii


