I tylko te kontuzje... Druga runda rozgrywek Bank Pekao S.A. I ligi mężczyzn w sezonie 2025/26 kadrowo absolutnie nas nie rozpieszcza. Jakby na przekór tego wygrywaliśmy do środowego wieczora jak leci, jednak każda seria ma swój koniec i nasza zakończyła się w Łańcucie.

Mogło być jednak inaczej, gdyby nie urazy w trakcie meczu, które pokrzyżowały nasze plany... 

Biorąc pod uwagę te składowe, można powiedzieć, że końcowy rezultat spotkania i tak nie jest dla nas taki zły. Finalna porażka różnicą ośmiu punktów pokazuje wyraźnie, że mimo przeciwności losu i kiepskiej skuteczności, walczyliśmy do samego końca. Gdyby Martyce Kimbrough trafił swoją trójkę, którą oddawał na 50 sekund przed ostatnią syreną przy stanie 79:71, mogły jeszcze być emocje w samej końcówce. Ale te ostatecznie nie nadeszły.

Początek był w naszym wykonaniu piorunujący. Po bardzo mocnym wejściu w ten mecz prowadziliśmy 9:0. W międzyczasie straciliśmy jednak Karola Kamińskiego, który już w jednej ze swoich pierwszych akcji doznał urazu po zderzeniu z Arturem Łabinowiczem. Dwa rzuty wolne musiał za niego wykonać Jakub Andrzejewski, a KK nie pojawił się już do końca meczu na parkiecie. Mimo to trzymaliśmy się dzielnie, po pierwszych dziesięciu minutach prowadziliśmy, choć ostudził nas trochę Piotr Wieloch, który rzucił nam jeszcze trójkę, więc na tablicy było 12:18.

I wtedy nadeszła druga kwarta, którą rozpoczęliśmy bardzo słabo, szybko tracąc prowadzenie. Gdy rywale je nam zabrali, to ostatecznie utrzymali je już do samego końca meczu. Mimo to przez całą drugą odsłonę byliśmy blisko gospodarzy, choć by odzyskać prowadzenie, brakowało nam skuteczności. Podobnie zresztą, jak i w kolejnych kwartach, gdy przede wszystkim rzuty trzypunktowe nie były naszym sprzymierzeńcem, a to przecież ten element nierzadko przecież pozwalał nam wyjść z tarapatów.

W trakcie naszej ostatniej, zwycięskiej serii, która łącznie trwała przez dwanaście meczów, ani razu nie zeszliśmy poniżej 25-procentowej skuteczności w próbach zza łuku, co pokazuje wydatnie, że jest to bardzo ważny element naszej gry ofensywnej. Co jednak ciekawe, serię wygranych spięliśmy klamrą, choć niekoniecznie taką, jaką chcieliśmy. Ostatni mecz, który przegraliśmy, był domowym starciem z SKS-em Fulimpex Starogard Gdański, kiedy to polegliśmy 71:79.

I w dokładnie takim samym stosunku - tym samym wynikiem - przegraliśmy także w Łańcucie. Bardzo chcieliśmy, by nasza seria trwała, ale dodatkowym utrudnieniem był brak po zmianie stron także Patryka Kędla, z którego usług Grzegorz Skiba również nie mógł skorzystać. Bez niego, bez Karola Kamińskiego, a jeszcze w dalszej perspektywie tego meczu bez Adama Kampa, któremu sędziowie odgwizdali piąty faul, naprawdę trudno było marzyć o wygranej.

Ostatecznie przegraliśmy więc ten mecz, ale paradoks polega na tym, że jeszcze tego samego dnia mogliśmy mimo wszystko świętować, bowiem porażka ŁKS-u Coolpack Łódź w stolicy z KKS Polonią Warszawa przypieczętowała nasze 1. miejsce po fazie zasadniczej. Tym samym w ostatnich czterech meczach sezonu trener Grzegorz Skiba będzie mógł w większym zakresie oszczędzać liderów.

Nie ma już bowiem żadnych, nawet matematycznych szans na to, żeby ktokolwiek nas wyprzedził, więc - podczas gdy inni będą teraz walczyć o jak najlepsze rozstawienie przed play-offami - możemy z pełnym spokojem obserwować walkę za naszymi plecami, myśląc już powoli o decydującej walce o awans.

Solvera Sokół Łańcut – Enea Abramczyk Astoria Bydgoszcz 79:71 (12:18, 24:14, 24:20, 19:19)

Solvera Sokół: Artur Łabinowicz 18, Milan Milovanović 16 (10 zb.), Mateusz Kaszowski 6, Filip Struski 4 (10 zb.), Filip Zegzuła 3 - Oskar Hlebowicki 13, Maciej Kucharek 13, Piotr Wieloch 6, Mateusz Czempiel 0.

Enea Abramczyk Astoria: Karol Gruszecki 24 (10 zb.), Martyce Kimbrough 13, Adam Kemp 10, Marcin Nowakowski 4, Karol Kamiński 0 - Jakub Andrzejewski 17, Patryk Kędel 3, Michał Chyliński 0, Mikołaj Kachelski 0, Bartosz Ptak 0.