W sobotę mieliśmy wszelkie argumenty i możliwości ku temu, aby przedłużyć naszą świetną wyjazdową passę w Bank Pekao S.A. I lidze mężczyzn. Niestety, okazji nie wykorzystaliśmy. 

Już nasze wejście w mecz pokazało, że nie będzie to dla nas łatwe przetarcie. Enea Basket Poznań ma może swoje problemy, może i dostarcza nieraz punkty zespołom teoretycznie słabszym, ale kiedy przychodzi do starć w tymi, którzy uznawani są za mocniejszych, podopieczni trenera Marcina Klozińskiego wchodzą jakby na wyższy poziom swoich możliwości. W tym sezonie przekonała się o tym już PGE Spójnia Stargard, siły poznaniaków doświadczył także ŁKS Łódź, ale jednak zdołał wygrać, a w sobotę to z kolei my musieliśmy przełknąć gorzką pigułkę.

Przede wszystkim warto zacząć od tego, że po raz pierwszy w sezonie zagraliśmy w pełnym składzie, bo szansę gry otrzymał od trenera Grzegorza Skiby Michał Chyliński. Z kolei wśród gospodarzy zabrakło Mikołaja Stopierzyńskiego, który już od dłuższego czasu zmaga się z problemami zdrowotnymi. Ostatecznie potrzeba był aż 55 minut walki, by wyłonić zwycięzcę, którym niestety nie my się okazaliśmy. A to bardzo boli. Są bowiem naprawdę przeróżne oblicza porażek.

Boli, gdy przegrywa się zdecydowaną różnicą, bo wiadomo wtedy, że było się o klasę słabszym od rywala. Boli, gdy przegrywa się ostatnim rzutem, ale też bardzo boli w sytuacji, gdy aż trzy dogrywki są potrzebne, by móc zakończyć starcie - dla jednych happy endem, dla drugich zaś smutnym końcem. I w sobotę to my znaleźliśmy się w tej drugiej roli.

O pierwszej połowie można napisać wiele, ale na pewno nie to, że była to w naszym wykonaniu dobra odsłona. Sama druga kwarta jeszcze nie była najgorsza, bowiem pojawiła się zupełnie inna energia, ale sam początek nie był dla nas udany, gdyż pozwoliliśmy gospodarzom na zdecydowanie zbyt wiele. Szybkie dwa faule Adama Kempa też stanowiły dla nas duże utrudnienie w walce pod tablicami. Finalnie po dwudziestu minutach gry mogliśmy tracić do rywali zaledwie punkt, ale Karol Gruszecki spudłował zza łuku, więc mieliśmy cztery „oczka” straty.

Trzecia kwarta także nie była dla nas momentami dobra. W tej części było już nawet +7 dla poznaniaków, ale zdołaliśmy jeszcze odpowiedzieć. Dwie trójki Tyce'a Kimbrough i znów wynik oscylował w okolicach remisu, lecz nie byliśmy w stanie iść za ciosem. Prawdziwe emocje rozpoczęły się więc w trakcie ostatnich dziesięciu minut. Nie potrafiliśmy jednak utrzymać pięciopunktowej przewagi, zbudowanej na początku tej odsłony, więc niemal do końca mecz toczył się na zasadzie kosz za kosz.

Praktycznie na każdą zdobycz z naszej strony w końcówce odpowiadał Patryk Stankowski, który czuł się tego dnia naprawdę dobrze. Do dogrywki doprowadził jednak nie on, a James Washington. W niej to z kolei znów my wynik goniliśmy, ale pod koniec Adam Kemp mógł dać nam triumf, lecz trafił tylko raz z linii rzutów wolnych, co oznaczało drugą dogrywkę. A w niej było chyba jeszcze ciekawiej! Już na samym początku rywale stracili Michała Samsonowicza (5. faul), który dołączył do Patryka Stankowskiego (też nie dokończył spotkania w wyniku pięciu popełnionych przewinień).

Bez tej dwójki w szeregach gospodarzy mogło się wydawać, że karty są po naszej stronie. I choć może tak nawet było, to nie wykazaliśmy się dostatecznym wyrachowaniem, by postawić kropkę nad i. Mimo to wydawało się, że po prostu przechylimy szalę na swoją stronę. Ale nic z tego. Trójka Kacpra Mąkowskiego wpędziła nas w wielkie tarapaty, ale Jakub Andrzejewski rozegrał bliźniaczą akcję z naszym środkowym (wtedy Szymon Kiwilsza, a w sobotę Adam Kemp), co sezon temu we Wrocławiu. Wtedy zapewniło nam to triumf, w Poznaniu było inaczej.

W ostatniej akcji drugiej dogrywki sędziowie dopatrzyli się faulu Tyce'a na Jamesie Washingtonie, co doświadczony rozgrywający Enea Basketu zamienił na punkt i potrzebna była trzecia dogrywka, której bohaterem był Kacper Mąkowski. To właśnie on szybko zbudował przewagę swojemu zespołowi, czego my już nie zniwelowaliśmy, jakby nieco podłamani ostatnią akcją w defensywie w drugiej dogrywce. Całości dla miejscowych dopełnił z kolei Bartosz Mońko i tym samym musieliśmy obejść się smakiem.

Choć do końca byliśmy w grze, to nie był to nasz dobry mecz - to trzeba sobie jasno i wyraźnie powiedzieć. Stać nas bowiem na zdecydowanie więcej niż zaledwie niecałe 37 procent w rzutach z gry i tylko 12 asyst przez 55 minut czystej walki. To - jak na nas - naprawdę mało, skoro potrafimy notować i po ponad 20 kluczowych podań w meczach, co pokazywaliśmy już niejednokrotnie. Sport pokazał, że uczy pokory. Wierzymy, że będzie to dla nas bardzo cenna lekcja przed następnymi meczami.

Enea Basket Poznań – Enea Abramczyk Astoria Bydgoszcz 102:97 po trzech dogr. (21:12, 22:27, 17:19, 14:16, d. 11:11. d. 8:8, d. 9:4)

Enea Basket: James Washington 24, Patryk Stankowski 21, Konrad Rosiński 12 (10 zb.), Andrzej Krajewski 10, Jan Nowicki 9 - Kacper Mąkowski 10, Michał Samsonowicz 9, Tobiasz Dydak 4, Bartosz Mońko 3, Igor Krajewski 0.

Enea Abramczyk Astoria: Martyce Kimbrough 27, Adam Kemp 13, Karol Kamiński 12, Patryk Kędel 11 (11 zb.), Marcin Nowakowski 2 - Jakub Andrzejewski 12, Mikołaj Jamiołkowski 10 (11 zb.), Karol Gruszecki 5, Wojciech Dzierżak 4, Michał Chyliński 1.