Start Wojciech Ruszkowski

Wojciech Ruszkowski: - Byliśmy kumplami, nie tylko na boisku, ale także poza nim
Historia - Wybitne sylwetki Dodał: Paweł Lorek: niedziela, 13 marca 2016 15:05

TADEUSZ NADOLSKI (Express Bydgoski)

Przez całą swoją karierę pozostał wierny Bydgoszczy, mimo że kusiły go inne kluby. Wojciech Ruszkowski opowiada, jak inny był kiedyś basket...

Tradycyjnie zaczniemy od pytania jak to się stało, że zaczął Pan uprawiać koszykówkę? Oczywiście w Zawiszy, bo tam istniała w latach sześćdziesiątych silna sekcja.


Ja ze wszystkich moich kolegów z drużyny zacząłem treningi najpóźniej, bo dopiero w wieku 17 lat. Miałem wówczas już 194 centymetry wzrostu, ale ważyłem zaledwie 62 kilogramy. Byłem więc przeraźliwie chudy z niedowagą sięgającą 30 kilogramów. Jestem rodowitym bydgoszczaninem, urodziłem się na dzisiejszej ulicy Mazowieckiej, wówczas Hanki Sawickiej. Na zawodach szkolnych spotkałem się z ówczesnym juniorem Zawiszy Kazimierzem Musiałem, notabene do dzisiaj moim serdecznym przyjacielem. I - pamiętam to dokładnie - w dniu urodzin syna mojego pierwszego trenera Henryka Pietrzaka zjawiłem się na pierwszych zajęciach. Tu muszę od razu zaznaczyć, że w mojej opinii był to najlepszy trener w historii bydgoskiego basketu. Wśród zawodników miał pseudonim „Ojciec”. To świadczy samo za siebie. Potem żeśmy się zaprzyjaźnili, mieliśmy działki koło siebie. Jak ja mówiłem że idę wędzić ryby, to on mówił - dobra, to ja idę do lodówki (śmiech). Długo do niego mówiłem „panie trenerze”, choć moja żona była z nim już na „ty”.

Dość szybko wskoczył Pan do pierwszej piątki...

Nie było to łatwe. W Zawiszy grali wówczas naprawdę świetni zawodnicy, którzy znaleźliby miejsce w każdej drużynie w kraju. Wystarczy wymienić to takich graczy, jak Janusz Sarbinowski, Zygmunt Weigt, Roman Zamiara, Ryszard Mogiełka, Jerzy Górski, Bogdan Cisewski. Ale już po dwóch latach treningów „łapałem” się do pierwszej piątki, bodaj jako pierwszy w historii zawodnik o tak krótkim stażu. Potem pojawili się kolejni, młodsi ode mnie koszykarze, którzy zaczęli nadawać ton tej drużynie. Jeszcze Zawiszy, a potem Astorii. Myślę tu przede wszystkim o Hilarym Gierszewskim i Zbyszku Słabęckim. Niestety, nie dane mi było występować w jedynym sezonie (1963/1964 - dop. T.N.) w I lidze, czyli dzisiaj ekstraklasie, bo byłem jeszcze za młody i grałem w zespole juniorów. Jak zespół po roku spadł trafiłem już do seniorów i jednocześnie do... wojska. Przez miesiąc służyłem w Koszalinie, ale szybko ściągnięto mnie do Bydgoszczy i służyłem w kompanii sportowej na Zawiszy. Szkoda, że tak to się wszystko skończyło, ale winię za to działaczy klubu, którzy delikatnie mówiąc nie przepadali za koszykówką i nic nie zrobili, by wzmocnić zespół. A szanse na ty były. Ostatecznie po kilku latach, w 1971 roku, sekcję przy ulicy Gdańskiej zlikwidowano i przeniesiono ją do Astorii.

W Astorii już długo Pan nie pograł. Karierę zakończył Pan w 1974 roku w wieku 29 lat. Dlaczego?

Bo w 1973 roku... urodziły mi się bliźniaczki. Jeszcze w czasach Zawiszy podjąłem pracę na cały etat w nadzorze technicznym. Ciekawostką jest, że było to w obecnej siedzibie „Expressu” przy ul. Warszawskiej 13, gdzie mieściły się biura nieistniejącego już Bydgoskiego Przedsiębiorstwa Instalacyjnego. Jak się pojawiły Ania i Mirka, to spałem po dwie godziny na dobę. Nie było oczywiście pampersów, więc dziennie trzeba było wyprać do 60 pieluch. Jak jeździliśmy na mecze wyjazdowe, to wszyscy wiedzieli, że do godziny 12.00 nikt nie ma prawa wejść do mojego pokoju, bo dostanie kapciem. Po prostu odsypiałem zaległości. 

Czy w związku z uprawianiem koszykówki w firmie szli Panu na rękę.

Nic. Owszem, czytali gazety, wychwalali, ale praca jest pracą.

Czy z klubów otrzymywał Pan jakieś wynagrodzenie?

Żadnego. W Zawiszy to nawet obciążyli mnie za dres, który pobrałem. Po dłuższym użytkowaniu był już dziurawy i go wyrzuciłem. Jak już skończyłem karierę i mnie pożegnali to po roku wystawili mi rachunek i musiałem za niego zapłacić. To było prawdziwe amatorstwo. Człowiek grał, bo to była jego pasja. Na przykład sami organizowaliśmy sobie trampki. Najbardziej popularne były chińskie sprowadzane z Czech. Ja miałem to szczęście, że teść przywiózł mi z USA prawdziwe „All Star”. To był niesamowity bajer na tamte czasy. Oprócz efektownego wyglądu miały też tę zaletę, że się nie ślizgały. Wracając do naszej drużyny. Tworzyliśmy wówczas świetną paczkę kumpli - na boisku i poza nim. Jeden za drugim poszedłby w ogień. Dziś drużyny tworzy armia zaciężna. Po treningu czy meczu wsiadają w samochody i d... w troki. 

My spotykaliśmy się także poza halą. A poza tym, wszyscy byliśmy stąd, z Bydgoszczy, tu zaczynaliśmy kariery, tu mieliśmy rodziny i pracę. To dodatkowo nas cementowało. Nieprzypadkowo przecież Astoria przez całe dziesięciolecia była uznaną w kraju kuźnią koszykarskich talentów.

Koszykówka za waszych czasów i dzisiejsza to trochę inna gra.

Obecnie basket stał się szybszy, bardziej siłowy. My mówiliśmy, że w koszykówce gra najpierw głowa, a dopiero potem reszta. Teraz chyba jest odwrotnie. Moim zdaniem zawodnicy za mało myślą na boisku. Ja się często śmieję, jak komentatorzy zachwycają się, że zawodnik podał piłkę bez patrzenia. Trener Pietrzak ciągle powtarzał - nigdy nie patrz, gdzie podajesz. Dla nas to była rzecz oczywista.

Pan grał na pozycji centra?

To że byłem długi i chudy, stąd zresztą wziął się pseudonim „Suchar”, to była moja wada, ale i zaleta. Jak pojawiła się mała przerwa pomiędzy obrońcami (tu nasz rozmówca pokazuje odstęp około 20 cm - dop. T.N.), to ja w to wchodziłem pod kosz. Jak głowa przeszła, to i reszta przeszła (śmiech). Choć byłem praworęczny więcej punktów zdobywałem lewą ręką. Nad tymi manewrami wiele pracowałem indywidualnie z trenerem Pietrzakiem poza normalnymi zajęciami. Nie zdobywałem jakiejś wielkiej liczby punktów, bo dla mnie najważniejsza była obrona. Inna sprawa, że nie było wówczas rzutów dwa z faulem plus jeden. Na pewno moje konto byłoby o wiele większe. Uważam, że defensywa to przede wszystkim przewidywanie ruchów przeciwnika. Poza tym lubiłem dogrywać do kolegów na lepszych pozycja. Dobrze na parkiecie mi się współpracowało z Hilarym Gierszewskim. Jak mnie podwajano, to on już czekał, ja odgrywałem do niego, a Hilut trafiał. Nie byłem zbyt skoczny, ale na własnej desce umiejętnie zastawiałem i zbierałem wiele piłek. Lubiłem grać w strefie, ale i przeciwko strefie. Miałem dobry rzut z półdystansu i w ten sposób często trafiałem. Wypracowałem sobie także kilka sztuczek wykorzystywanych na boisku. Na przykład, gdy przeciwnik próbował rzucać, delikatnie trącałem go od dołu palcem w rękę. Sędziowie często tego nie zauważali. Raz pamiętam „załatwiłem” tak legendę polskiej koszykówki Mieczysława Łopatkę ze Śląska Wroclaw, który strasznie się zdenerwował, niezbyt parlamentarnie interweniował u sędziów i w efekcie dostał technika.

Czy po zakończeniu kariery nie ciągnęło Pana, by zostać przy koszykówce, pracować jako trener?

Miałem propozycję od Ryszarda Mogiełki, ale nawet się nie zastanawiałem. Los trenera jest niepewny. Zawodnicy się na ciebie obrażą i będą grać przeciwko tobie. Nie będzie wyników, to kogo zwolnią? Oczywiście trenera. Miałem dobrą pracę i ułożone życie rodzinne. A wiadomo jak to w sporcie - popołudniami treningi, a w weekendy mecze, wyjazdy.

TECZKA OSOBOWA

Wojciech Ruszkowski. Ur. 31.03. 1945 r. Pseudonim „Suchar”, 196 cm, pozycja na boisku: center. Zawodnik Zawiszy Bydgoszcz od 1962 r. do 1971 r. W Astorii od 1971 do 1974 r.