Start Robert Małecki

Robert Małecki: - Nie płaczę nad rozlanym mlekiem
Historia - Wybitne sylwetki Dodał: Paweł Lorek: czwartek, 01 września 2016 23:32

TADEUSZ NADOLSKI (Express Bydgoski)

Jest jednym z całej plejady wychowanków Astorii Bydgoszcz. Karierę zakończył jako grający trener Harmattana Gniewkowo. Robert Małecki dziś z basketem nie ma już nic wspólnego.

 

(Robert Małecki z córką Julią oraz Mariusz Rybka współpomysłodawca wywiadów z byłymi koszykarzami Astorii, fot. Tadeusz Nadolski)


Robert Małecki. Chłopak ze Żnina. W tym mieście nie było koszykarskiego klubu. Dlatego jako nastolatek trafił Pan do Astorii?


Mnie zawsze ciągnęło do basketu. Moja ciocia mieszkała wtedy w Bydgoszczy i na moją prośbę poszła do klubu. Rozmawiała bodaj z trenerem Jerzym Nowakowskim. I on powiedział, żebym przyjechał. Chodziłem wówczas do drugiej klasy Technikum Mechanicznego w Żninie. Pamiętam, że byłem na meczu Polfrostu z AZS Lublin i do dziś zachowałem bilet z tego spotkania. To było w sezonie 1991/1992 w ekstraklasie. Wracając do Astorii. Pojawiłem się w sali przy ul. Królowej Jadwigi, potrenowałem godzinę, może półtora. Trener Nowakowski zauważył, że miałem silne nogi i kazał mi przychodzić na zajęcia w klubie. Przez dwa może trzy miesiące przyjeżdżałem dwa razy w tygodniu do Bydgoszczy na treningi. A od półrocza 1992 r. przeniosłem się do szkoły w Bydgoszczy. Najpierw do ówczesnego Technikum Mechanicznego, a ostatecznie wylądowałem w Techniku Drzewnym.

Czyli tak na poważnie koszykówka zajął się Pan dość późno, choć był Pan bardzo sprawny, miał dobre warunki fizyczne.

Już w tym czasie miałem 198 centymetrów wzrostu. 198 cm, a nie 200 lub nawet więcej, jak czasami podawały gazety. 

Przyszedł Pan do Astorii, która grała wówczas jako Polfrost w ekstraklasie.

To był taki przełomowy dla klubu sezon, bo po jego zakończeniu wycofał się sponsor i sytuacja sekcji koszykówki - jeśli chodzi o seniorów - stała się bardzo trudna. Z tego składu, który zajął siódme miejsce, odeszło kilku podstawowych zawodników - między innym Romek Olszewski, Wojciech Puścion i Grzesiu Skiba. W tej sytuacji trener Jerzy Nowakowski, który po Romanie Haberze przejął drużynę, dokooptował kilku juniorów głównie z rocznika 1975, w tym także mnie. Nie ukrywam, że była to dla mnie bardzo sprzyjająca okoliczność. A że znalazłem się w podstawowym składzie, to przez „nieszczęście” grającego także na pozycji podkoszowej Darka Ulczyńskiego, który rozwalił sobie kolano i to właściwie przerwało jego dobrze zapowiadającą się karierę.

Mieliście niezłą i przede wszystkim bodaj najwyższą w kraju drużynę juniorów. Ale na mistrzostwach Polski nie udało się wam wywalczyć medalu.

Nie. W finale w 1993 roku w Zielonej Górze zajęliśmy ósme miejsce. To był mój pierwszy sezon w Astorii - zarówno w drużynie juniorów, jak i seniorów.

Był Pan zawodnikiem bardzo dynamicznym, z dobrą koordynacją ruchową, silnym fizycznie. Ale ze względu na to, że dość późno rozpoczął treningi, miał Pan zapewne duże zaległości jeśli chodzi o technikę?

Moje dobre warunki wynikały z tego, że od najmłodszych lat bardzo aktywnie spędzałem czas wolny - dużo jeździłem na rowerze, grałem w piłkę nożną. Natomiast kilka lat mi zajęło, zanim opanowałem to koszykarskie abecadło.

Z tego co pamiętam wolał Pan grać do kosza, a mniej rzucał Pan z półdystansu czy dystansu.

Oczywiście. Mi ciągle brakowało tych tysięcy rzutów oddanych na treningach w czwartej, piątej, szóstej klasie, co mieli za sobą moi koledzy z zespołu. To po pierwsze. Po drugie - tak mnie ustawiał trener Nowakowski. On oczywiście nie zabraniał mi rzutów, ale dla niego ważniejsze było wejście pod tablice, walka o zbiórkę. Bo w naszej drużynie było kilku dobrych strzelców, jak choćby Przemek Gierszewski, Krzysztof Celusta, Krzysztof Bebyn czy Leszek Prusak.

Poza boiskiem chodził Pan w okularach. Nie przeszkadzało to Panu w graniu?

Nie, w wieku 15-16 lat miałem szkła minus 0,25 potem 0,5 i 0,75. To nie był żaden problem.

Czy w tamtych latach w Astorii można było wyżyć z uprawiania koszykówki?

Szkołę skończyłem w roku 1995 roku. Zarabiałem tyle, że można było przeżyć. A jakie pieniądze można kasować to przekonałem się w 1997 roku, kiedy to dostałem propozycję od Lecha Poznań, bo bardzo mnie chciał ściągnąć trener Eugeniusz Kijewski. Pojechałem nawet do Poznania na trzy czy cztery tygodnie na treningi. Po czym okazało się, że klub się rozpada i temat przestał być aktualny. Ale pamiętam, jakie sumy wchodziły w grę podczas tych wstępnych pertraktacji. Tu mała dygresja. Ja na początku byłem dość zielony. Pochodziłem z małego miasta, a na pierwszym treningu w Astorii pojawiłem się w półtrampkach ze „Stomilu”. Pamiętam, jak chłopaki się ze mnie śmiali. Dopiero potem nabrałem doświadczenia i wiedziałem, jak się w tym wszystkim obracać. Teraz zawodnicy mają swoich menedżerów, którzy załatwiają za nich wszystkie formalności, pertraktują warunki kontraktów.

Był Pan powoływany do kadry młodzieżowej.

Ja wspólnie z Maciejem Batkowskim dostałem powołanie na obóz do Cetniewa do tak zwanej kadry B, która prowadzili Ryszard Poznański i Jerzy Nowakowski. Po dwóch tygodniach pojechałem na kolejne zgrupowanie do Zakopanego. Ale do 12-osobowej reprezentacji już się nie załapałem.

Przed sezonem 2000/2001 odszedł Pan z Astorii do Alpen Gold Poznań. To była sportowa i finansowa porażka.

Razem ze mną do Poznania przenieśli się się trener Aleksander Krutikow, Grzgorz Skiba i Litwin Tomas Venskunas. Tam szybko skończyła się kasa. W moim przypadku zapłacono mi może za pół sezonu. Pozostałe pieniądze przepadły. Choć miałem kontrakt podpisany na dwa lata, uznałem, że nie ma sensu tego dalej ciągnąć.

W tej sytuacji wrócił Pan do Astorii, z którą w sezonie 2002/2003 awansowaliście do I ligi, a na kolejny została wykupiona dzika karta na grę w ekstraklasie.


Pojawił się sponsor, firma „Ostromecko”, jak na II ligę mieliśmy bardzo fajny, silny skład. Rozgrywki przeszliśmy jak burza, a w finale play off wygraliśmy z Basketem Kwidzyn, notabene prowadzonym przez byłego zawodnika „Asty” Wojciecha Puściona.

W ekstraklasie najpierw trenerem był Aleksander Krutikow, a w połowie rozgrywek zastąpił go Wojciech Krajewski. W tej drużynie grał Pan już śladowo.

Zespół został kompletne przebudowany. Sprowadzono graczy zagranicznych oraz wielu zawodników polskich. Miałem bodaj tylko jeden mecz, gdzie zdobyłem siedem czy osiem punktów. W pozostałych dostawałem po kilka minut, trafiałem jeden dwa rzuty.

Nie czuł się Pan chyba zbyt dobrze przesiadując na ławce?

Z jednej strony, było to dla mnie fajne doświadczenie. Trenowałem i jednak trochę grałem z ekipą z ekstraklasy, z zawodnikami naprawdę z wysokiej półki. Z drugiej strony, był gdzieś ten żal, że jest się wychowankiem klubu, a za drużyną nosi się torby i ręczniki. Z tego sezonu dla mnie najlepsze było to, że po ostatnim meczu na takim już towarzyskim spotkaniu całej drużyny podszedł do mnie Ed O’Bannon, spytał, co chcę do picia, i powiedział, iż nie czuje się dobrze z tym, że przyjeżdża do klubu z zewnątrz, choć był po kontuzji i nie mógł pokazać wszystkich swoich możliwości, a ktoś, kto jest wychowankiem, człowiekiem z Bydgoszczy, jest może o połowę gorszy, ale zarabia dziesięć razy mniej. Te słowa Amerykanina to były takie na otarcie łez. Bardzo mi utkwiły w pamięci.

Astoria jeszcze dwa lata występowała na najwyższym szczeblu, ale Pan w 2004 roku opuścił Bydgoszcz i przeniósł się najpierw do Polpaku Świecie, a po połowie sezonu 2004/2005 wylądował Pan w Kołobrzegu.

Z tym była cała kołomyja. Przede wszystkim ciągle miałem obowiązujący kontrakt z bydgoskim klubem. W grę wchodziło więc raczej wypożyczenie. Trener Aleksander Krutikow, który prowadził Polpak, rozmawiał ze mną już w lipcu. Ale w Astorii dość długo budowali skład i nie wiedzieli, czy będę potrzebny, czy nie. Ostatecznie do Polpaku dołączyłem, jak już się rozpoczęły rozgrywki w I lidze. Byłem po jednym obozie, fizycznie było więc nie najgorzej, ale zupełnie nie znałem zagrywek. Miałem mecze dobre, średnie i gorsze. Ostatecznie władze Polpaku zdecydowały się sprowadzić na moją pozycję Przemysława Migałę z Częstochowy i ja miałem iść w odstawkę. I wówczas dostałem propozycję z Kotwicy, której trenerem był Nikołaj Tanasejczuk. Notabene w tym sezonie awansowaliśmy do ekstraklasy.

Potem zaliczył Pan kolejne kluby - Kager Gdynia, Sportino Inowrocław i po czterech latach spędzonych w Harmattanie w 2011 roku zakończył Pan karierę.

Ciekawostką jest, że Polpak, w którym spędziłem pół sezonu, awansował do ekstraklasy, potem jak już wspomniałem, Kotwica już z moim udziałem, Kager również i na koniec ze Sportino, moim kolejnym klubem. Z kolei Harmattan był dla mnie idealnym rozwiązaniem. Mieszkałem w Toruniu, miałem już rodzinę i nie chciałem gdzieś daleko się ruszać. W Gniewkowie trenowaliśmy trzy razy w tygodniu i to mi bardzo odpowiadało. A przy tym jeden z prezesów załatwił mi zatrudnienie w Cierpicach w „Andreweksie”. Ja, jak wiadomo, ukończyłem Technikum Drzewne, zostałem więc kontrolerem jakości. Nie udało się awansować do I ligi. Ostatni sezon spędziłem już w III lidze, będąc grającym trenerem. W taki właśnie dość bezbolesny sposób, bo cały czas pracowałem w tej firmie, skończyłem karierę sportową.

Czy mógł Pan w baskecie osiągnąć więcej?

Gdybym był taki mądry jak jestem teraz, to na pewno wyglądałoby to inaczej. Choć nie płaczę nad rozlanym mlekiem i cieszę się z tego, co osiągnąłem. Popełniłem jeden poważny błąd. Przed wyjazdem na kadrę, o czym mówiłem wcześniej, ówczesny kierownik sekcji, Zbigniew Słabęcki, oraz trener Jerzy Nowakowski namówili mnie na podpisanie 5-letniej umowy, na co się zgodziłem. W trakcie zgrupowania rozmawiali ze mną przedstawiciele Pogoni Ruda Śląska, ale warunkiem przejścia było wykupienie kontraktu. Potem propozycje miałem też z Zagłębia Sosnowiec i Pogoni Szczecin. Ale z takich samych powodów nic z tego nie wyszło.

Co obecnie porabia Robert Małecki?

Mieszkam w Hamburgu i tam pracuję.