Start Piotr Sroczyński

Piotr Sroczyński - koszykarz, który sprawdził się w biznesie
Historia - Wybitne sylwetki Dodał: Paweł Lorek: czwartek, 14 kwietnia 2016 11:21

TADEUSZ NADOLSKI (Express Bydgoski)

 

Rozmowa z Piotrem Sroczyńskim (ur. 1961 r.) zawodnikiem Astorii (1976-1982), Baildonu Katowice, Hutnika Kraków i Pogoni Ruda Śląska. Z wykształcenia jest prawnikiem. Karierę rozpoczynał w hali przy ul. Królowej Jadwigi. Wcześniej trenował także wioślarstwo i kajakarstwo.

 

Jest Pan bydgoszczaninem z urodzenia...

Tak. Wychowałem się na Szwederowie, na ulicy Ugory. Szkoły podstawowe zmieniałem trzykrotnie. Najpierw była „dziewiątka”, potem „dwadzieścia siedem”, a ostatnie trzy lata numer 61.

Nasze wywiady z byłymi zawodnikami Astorii zawsze zaczynamy od pytania, skąd wziął się pomysł na koszykówkę?

Ja specjalnie nie przepadałem za komuną, natomiast trzeba docenić funkcjonujący wówczas system pracy z młodzieżą. Na poziomie szkolnym były różnego rodzaju igrzyska, spartakiady. Gdy chodziłem do siódmej klasy organizowana była szkolna liga koszykówki. Mecze rozgrywane były w hali Astorii. Ja już w tym czasie wyróżniałem się wzrostem, dobijałem bowiem do 196-197 centymetrów. Dodatkowo wcześniej trochę trenowałem w Zawiszy kajakarstwo i wioślarstwo, byłem więc jak na swój wiek bardzo silny. Patrząc na to dziś, być może byłbym nawet lepszym wioślarzem niż koszykarzem, ale wioślarstwo to sport wyjątkowo monotonny, nie dla mnie.

Rozumiem, że ktoś z klubu Pana wypatrzył?

Byłem koszykarskim naturszczykiem, ale zdobywałem sporo punktów, byłem bodaj drugim czy trzecim strzelcem tej ligi, a w następnym roku już pierwszym. Już w ósmej klasie podjąłem regularnie treningi w klubie, a pod koniec sezonu w wieku 15 lat zadebiutowałem w zespole seniorów, a po kolejnym roku zacząłem już nawet wychodzić w pierwszej piątce. Moim trenerem w ekipie juniorów był Ryszard Mogiełka, wspaniały szkoleniowiec, idealny do nauczania koszykarskiej techniki.

Drużyna juniorów odnosiła za Pana kadencji sukcesy, choć zabrakło medali mistrzostw Polski.

Zespół kadetów „Asty” w sezonie 1976/1977 w finale zajął siódme miejsce, a rok później już w kategorii juniorów pod wodzą Macieja Mackiewicza uplasowaliśmy się tuż za podium. To było w Rzeszowie, a jedynym pocieszeniem dla mnie był fakt, że zostałem najlepiej punktującym tego turnieju.

Pana umiejętności zaowocowały powołaniem do kadry juniorów.

Było to w latach 1978 i 1979. W reprezentacji grałem razem z moim kolegą klubowym Piotrem Baranem. Dziś nie chciałbym o tym szczegółowo mówić, ale w przeddzień wyjazdu na mistrzostwa Europy zostałem z kadry usunięty. Bardzo mnie to zabolała, bo ciężko pracowałem i byłem w wysokiej formie.

W Astorii grał Pan do 1982 roku. Mariusz Rybka, prowadzący na stronie Astorii część historyczną, wyszukał, że Pana rekord w tym czasie to było 37 punktów w sezonie 1980/1981 w meczu z Gwardią Szczytno, wygranym 81:80.

Tego już nawet nie pamiętam. Mieliśmy wtedy fajny młody skład. Rozgrywającym był doświadczony Janusz Kasperczyk, który przyszedł do nas ze Spójni Gdańsk. Do dziś pamiętam jego słowa: - Słuchaj, w koszykówce nie chodzi to to, żeby się dużo nabiegać, chodzi o to, żeby biegać mądrze.

Maturę zdał Pan w 1980 roku?

W VII Liceum Ogólnokształcącym, do którego wcześniej i później uczęszczało wielu koszykarzy. Po maturze dostałem zaproszenie od Gwardii Wrocław, w tamtych czasach jednego z najsilniejszych klubów w Polsce, bo zdałem na prawo na Uniwersytecie Wrocławskim. Nie byłem jednak zdecydowany, spakowałem się i wróciłem do Astorii, a studia podjąłem w Toruniu na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika.

Wiadomo, że w tamtych latach w Astorii grano amatorsko, bez wynagrodzenia.

Oczywiście. Dodatkowo studia w Toruniu były bardzo obciążające i nie ukrywam, że kołatała mi się myśl, by w ogóle ze sportem skończyć. A tak na marginesie, to większe pieniądze można było zarobić pracując fizycznie w istniejących wówczas spółdzielniach studenckich. Generalnie Astoria pod względem organizacyjnym znacznie odbiegała od wielu klubów w Polsce.

Ostatecznie jednak w 1982 roku podjął Pan decyzję o przenosinach na Śląsk, do grającego w II lidze Baildonu Katowice.

Z tego klubu otrzymałem bardzo konkretną propozycję, także finansową. W Baildonie po chwilowym zastoju odbudowywali basket i myśleli o awansie do I ligi (dziś ekstraklasa - dop. T.N.), co udało się - z moim udziałem - ostatecznie w roku w 1985 roku.

Zapewne, tak, jak to w tamtych czasach bywało, otrzymał Pan fikcyjny etat.

Mam w swoim życiorysie 14 lat „przepracowanych” jako „ślusarz” - najpierw w hucie „Baildon”, a potem przy zmianie klubów w hucie im. Lenina, gdy grałem w Krakowie i hucie „Pokój”, gdy występowałem w na koniec kariery w Pogoni Ruda Śląska. Wszystko to mam udokumentowane pieczątkami w starym dowodzie. To było chore, ale zapewniało stabilizację i w moim przypadku mogłem założyć rodzinę.

Po sześciu sezonach w spędzonych w Baildonie w 1988 roku przeniósł się Pan do Hutnika Kraków. Skąd wzięła się taka decyzja?

Chciałbym jeszcze w tym miejscu dodać, że to za moją sprawą Baildon ściągnął z Astorii Piotra Barana, Mirka Wiśniewskiego i Piotra Lewandowskiego. A wracając do pytania. W Krakowie spędziłem dwa sympatyczne lata, choć w pierwszym sezonie spadliśmy z I ligi, by po roku awansować. W zespole był między innymi Mirek Kabała, który potem występował, między innymi, w Astorii. Zbliżałem się jednak już do trzydziestki, niebawem w Polsce doszło do pamiętnych historycznych przemian, a ja zacząłem się zastanawiać, co dalej?

W 1990 roku zdecydował się Pan jednak jeszcze na grę w Pogoni Ruda Śląska...

Oni wówczas występowali w trzeciej lidze i przy moim udziale awansowaliśmy do drugiej.

Sezon 1993/1994 był ostatnim w Pana karierze na koszykarskich parkietach. Jak Pan widział swoją przyszłość - czy poza sportem?

Już przechodząc do Rudy Śląskiej zacząłem robić różne biznesy, mniejsze i większe, a był to jak wiadomo początek lat dziewięćdziesiątych, kiedy to mnóstwo ludzi szukało swojego szczęścia na polu prywatnym. Zresztą podpisując umowę z Pogonią jednym z moich warunków było to, że klub ma mi udostępnić jeden ze swoich lokali. Zacząłem od kawiarni, potem miałem sklep mięsny. Jakoś dawałem sobie radę, choć bywało różnie, bo zdarzało się, że z koszykówki musiałem dokładać do interesu (śmiech). Trochę trwało, zanim opanowałem meandry biznesu i nabyłem doświadczenia. Przez jakiś czas na przykład panie pracujące w sklepie mnie okradały i nie od razu w tym procederze się zorientowałem. Obecnie prowadzę firmę ze sprzętem dla niepełnosprawnych i już czuję się w pełni Ślązakiem.

O trenerce Pan nie myślał?

Miałem jeden taki epizod. Zbliżałem się już do czterdziestki, a moja córka chodziła do liceum imienia Adama Mickiewicza w Katowicach. W tym czasie powstał UKS Mickiewicz i prezes Andrzej Gostomski zaprosił mnie do współpracy. Wciągnąłem się w ten pomysł i w ciągu dwóch lat awansowaliśmy z czwartej ligi do drugiej. Tu mogę przytoczyć ciekawostkę, że do trzeciej ligi ściągnęliśmy dwóch Murzynów, co w tamtych czasach było ewenementem. Zdarzało się nawet, że wychodziłem na parkiet. Skończyłem z tym, gdy po awansie zobaczyłem, że na zebranie zarządu przyszło może ze trzydzieści osób, a przez dwa lata ciągnęliśmy to wszystko we dwójkę. Tak to u nas czasami bywa - zwycięstwo ma wielu ojców, a porażka jest sierotą. Od tego czasu ze sportem nie mam nic wspólnego, poza tym, że regularnie grywam rekreacyjnie w tenisa.

Dziękuję za rozmowę.