Rozmowa z Aleksandrem Krutikowem, trenerem koszykarzy Astorii w latach 1996-2000, 2002/2003, 2003/2004 (pół sezonu), 2013/2014 (pół sezonu). Pochodzi z Białorusi, od grudnia 2004 r. ma polskie obywatelstwo. Na stałe mieszka w Bydgoszczy. Obecnie prowadzi reprezentację mężczyzn Białorusi.

 

Tadeusz Nadolski: Naszą rozmowę zacznijmy może od takiego pytania. Czy czuje się Pan bardziej Białorusinem z polskim obywatelstwem, czy Polakiem pochodzenia białoruskiego?

Aleksander Krutikow: Od wielu lat mieszkam na stałe w Bydgoszczy, tu mam też działkę, choć teraz akurat pracuję w Mińsku. Powiem może tak: jestem Aleksander Krutikow, który dostał polskie obywatelstwo, dużo czasu spędził tutaj, w Polsce, jest tutaj zadomowiony.

Jak to się stało, że trafił Pan do basketu, bo z tego co wiem, nie był Pan - nazwijmy to - zawodowym koszykarzem? I jak doszło do tego, że znalazł się Pan w naszym kraju?

W czasie studiów na odpowiedniku polskiego AWF grałem w drużynie akademickiej, która uczestniczyła w rozgrywkach akademickich na terenie całego ZSRR. Szybko zrozumiałem, że wybitnym zawodnikiem nigdy nie będę, bo dostać się do ekstraklasowej drużyny było bardzo trudno, konkurencja była olbrzymia. Po ukończeniu studiów i zrobieniu doktoratu dostałem propozycję pracy jako asystent od spraw naukowo-metodycznych w RTI Mińsk, ekipie, która grała wówczas w bardzo silnej lidze ówczesnego Związku Radzieckiego. Bo przecież Białorusi, jako samodzielnego państwa wtedy nie było, byliśmy republiką ZSRR. Od 1986 roku aż do roku 1993, kiedy to przyjechałem do Polski, pracowałem w tym klubie, przez pewien czas jako drugi trener. Jak się rozpadł Związek Radziecki i Białoruś uzyskała niepodległość powstała oczywiście reprezentacja tego kraju, która w 1993 roku wzięła udział w turnieju eliminacyjnym do mistrzostw Europy we Wrocławiu. Ja byłem asystentem pierwszego trenera. Mieliśmy wtedy bardzo ciekawy skład, między innymi z Aleksandrem Kulem i Andriejem Klemezem którzy wiele lat później w różnym czasie znaleźli się w Astorii. Powołanie otrzymał też grający już w Nobilesie Włocławek Igor Griszczuk, ale z powodu kontuzji kręgosłupa nie mógł dołączyć do kadry. Na jedno ze zgrupowań przyjechał prezes Instalu Białystok (potem ten klub nazywał się m.in. Dojlidy - dop. T.N.). Podobało mu się, jak prowadzę treningi i zaproponował mi stanowisko pierwszego szkoleniowca w swoim klubie. Tu mogę powiedzieć tak: przyjechałem przypadkowo czasowo, a zostałem na zawsze [śmiech].

W Białymstoku spędził Pan dwa lata. Potem poprzez Pleszew trafił Pan do Astorii.

W Pleszewie znalazłem się w połowie sezonu, chyba w grudniu. Tam wtedy grała dwójka, czy trójka chłopaków z Bydgoszczy - pamiętam na pewno Krzysztof Celusta oraz Roman Kowalski. Oni chyba podpowiedzieli Zbyszkowi Słabęckiemu, ówczesnemu kierownikowi sekcji w Astorii, że jest tak „dziwny” [śmiech] trener. On przyjechał do Pleszewa na ligowy mecz, nie wiem czy nawet nie jako trener, i szybko się dogadaliśmy. Bydgoski zespół objąłem przed sezonem 1996/1997.

Pierwsza Pana przygoda z „Astą” w II lidze, obecnie pierwszej, trwała cztery lata. W sezonie 1998/1999 startując do play offów z ósmego miejsca byliście bardzo blisko awansu do ekstraklasy...

Miałem wtedy wspaniałych chłopaków - między innymi dwóch świetnych Litwinów - super snajpera Augenijusa Vaskysa i środkowego Tomasa Venskunasa, rozgrywającego Grzegorza Skibę, w składzie byli także Przemek Gierszewski, Robert Małecki, Sebastian Scheffera. Ci dwaj pierwsi nie tylko było bardzo dobrymi zawodnikami, ale także bez problemów zaaklimatyzowali się w zespole, nawiązali więzy koleżeńskiego z pozostałymi graczami. Wtedy doszliśmy aż do finału, gdzie przegraliśmy 0-2 z Czarnymi Słupsk. W barażach postawiliśmy się występującemu w ekstraklasie Zastalowi Zielona Góra, który miał w swoich szeregach trzech obcokrajowców, w tym gracza europejskiego formatu Łotysza Robertsa Stelmahersa. Zastal pokonaliśmy u siebie, niestety dwa razy przegraliśmy na wyjazdach. Udany też był kolejny sezon, ale tu na drodze już w półfinale stanęła nam Polonia Warszawa.

Kolejnym Pana etapem był Alpen Gold Poznań. Pobytu w tym mieście nie wspomina Pan chyba najlepiej. Podobnie zresztą, jak Grzegorz Skiba Robert Małecki i Tomasz Venskunas, którzy poszli tam razem z Panem.

Bardzo szybko zaczęły się poważne problemy finansowe. Pamiętam, że już na początku grudnia myślałem o odejściu, miałem już wtedy konkretne oferty. Postanowiliśmy jednak pozostać i dokończyć ten sezon 2000/2001, ostatecznie na dobrym trzecim miejscu.

Po następnym roku spędzonym w Słupsku, na sezon 2002/2003 wrócił Pan na stare śmieci. Do II-ligowej wówczas „Asty”. Jak przypomniał kibic i historyk klubu Mariusz Rybka, zakończył się on serią 25 zwycięstw przy jednej porażce i po finałach play off z Basketem Kwidzyn awansem na zaplecze ekstraklasy.

Mieliśmy bardzo mocny skład ze świętej pamięci Tomkiem Rosparą, Jarkiem Kalinowskim, Przemkiem Gierszewskim, Grzegorzem Sowińskim, Marcinem Weselakiem, Robertem Małeckim, Marcinem Grockim. W trakcie tego sezonu, w październiku 2002 roku, oddana została do użytku nowo wybudowana hala „Łuczniczka”, w której miała grać drużyna koszykarzy. Stąd właśnie wziął się cel - awans. Szybko jednak pojawił się pomysł, by zespół występował w PLK. Dzięki pomocy miasta wykupiona za 500 tysięcy złotych dziką kartę i tak znaleźliśmy się w ekstraklasie.

Zespół został zbudowany praktycznie o nowa, musiał być bowiem poważnie wzmocniony. Nie był to dla Pana udany roku. W grudniu 2003 roku został Pan zwolniony. Jak Pan dziś na to patrzy?

Wszyscy byli trochę zniecierpliwieni, bo mimo dobrego budżetu i planów na czołową ósemkę zdarzały się porażki. Jak Pan wspomniał, przyszło wielu nowych zawodników, ten zespół potrzebował zgrania. Nie wszystkie transfery były udane. Był taki William McFraland, który się nie sprawdził, a na dodatek okazało się, że po jego wyjeździe w mieszkaniu pod łóżkiem znaleźliśmy mnóstwo butelek po alkoholu... [śmiech]. W efekcie rozstaliśmy się.

Jednak długo Pan nie odpoczywał...

Szybko otrzymałem propozycję prowadzenia drużyny w Świeciu, z którą nie weszliśmy co prawda do ósemki I ligi, ale utrzymaliśmy się. W dalszych planach był awans do ekstraklasy. W czasie jednej z rozmów z głównym sponsorem i prezesem klubu Stefan Medeńskim powiedziałem - Stefan, robimy wszystko powoli, stopniowo. Gdzieś w grudniu 2004 roku prezes mnie wezwał i usłyszałem taki tekst: - Wiesz co, mnie nie wypada stopniowo. Dawaj, robimy awans. Ja na to - to nie takie prosto, trzeba dokupić takich a takich graczy. - Nie ma problemu. Wzmocniliśmy się, między innymi Łukaszem Żytką, i w ten sposób w 2005 roku po zwycięskich 3-2 półfinałach play off I ligi z Sokołem Łańcut znaleźliśmy się na najwyższym szczeblu rozgrywek. Pierwszy sezon był bardzo udany. Byliśmy blisko wywalczenia brązowego medalu, a skończyło się na czwartym miejscu.

Na liście kolejnych Pana klubów znalazły się potem Sportino Inowrocław, Eisbaeren (Polarne Niedźwiedzie) Bremerhaven, ponownie Sportino tym razem aż na cztery lata, kobiecy klub rosyjski Energa Iwanowo, Astoria i Spójnia Stargard w sezonie 2014/2015.

Szczególnie ciekawa przygoda dla mnie jako trenera, była praca w Rosji, bo nigdy wcześniej nie prowadziłem zespołu żeńskiego. To było chyba dla mnie najtrudniejsze wyzwanie w karierze [śmiech]. Powiem tak. Było bardzo ciężko, bo do pań trzeba mieć specyficzne podejście. Mimo tego zajęliśmy wtedy dobre szóste czy siódme miejsce w bardzo mocnej lidze rosyjskiej. Na kolejny sezon znowu wróciłem do Bydgoszczy dokładnie po dziesięciu latach, bo na początku grudnia 2013 roku zastąpiłem Jarosława Zawadkę. Sezon był ciężki, ale udało nam się utrzymać w I lidze. Po mnie zespół przejął Przemek Gierszewski, który był u mnie asystentem, a ja wylądowałem w Spójni Stargard, skąd otrzymałem bardzo dobra propozycję. Był to udany sezon, byliśmy blisko awansu, ale oni jeszcze organizacyjnie na to nie byli gotowi. Oni chcieli mnie zatrzymać, ale ja nie zgodziłem się na warunki, które mi zaproponowali.

Potem miał Pan przerwę w pracy trenerskiej, do momentu, kiedy w w 2016 roku objął Pan męską reprezentację Białorusi. To dla każdego szkoleniowca jest nobilitacja, najwyższe wyróżnienie, docenienie jego umiejętności zawodowych, ale i duże wyzwanie, zwłaszcza że Białoruś - podobnie zresztą jak Polska - do potentatów europejskich nie należy. Zresztą los sprawił, że obie drużyny znalazły się w jednej grupie eliminacji do EuroBasketu 2017. Polacy wygrali w Mińsku, a Pana zespół okazał się lepszy w Toruniu. Mimo tego na ME nie pojechaliście...

Zacznę może od tego, że wcześniej przez dwa lata kadra Białorusi nie miała żadnych rozgrywek. Musiałem zaplanować sparingi, by te chłopaki, którzy grają w lidze białoruskiej,. Mieli okazję się sprawdzić. Pierwszą był turniej w maju czy czerwcu w Białymstoku. Potem były kolejne. Stopniowo udało mi się skonsolidować zespół. W Toruniu rozegraliśmy bardzo dobry mecz. A że wcześniej pokonaliśmy Estonię, otworzyła się szansa na awans do mistrzostw Europy z drugiego miejsca, bo pierwsze już miała zagwarantowana Polska. Wystarczyło na wyjeździe pokonać Portugalię, która dotąd przegrała wszystkie mecze. Niestety, zawiodły sprawy organizacyjne i logistyczne. Zaczęło się od tego, że kierowca autokaru, którym jechaliśmy do Warszawy na lotnisko, trudno to uwierzyć, ale pomylił drogę. Potem w stolicy staliśmy w korku chyba ze trzy godziny i niewiele zabrakło, a byśmy się spóźnili na samolot. Przylecieliśmy w nocy, potem spędziliśmy kolejne trzy godziny w autokarze. Byliśmy wypompowani, a Portugalczycy rozegrali chyba najlepsze spotkanie w tych eliminacjach. W razie sukcesu byśmy pojechali na EuroBasket w miejsce Ukrainy. Wpływ na te porażkę miało też i to, że nasz pierwszy rozgrywający Amerykanin z białoruskim obywatelstwem Maalik Wayns, który przeciwko w Polsce rozegrał świetny mecz, dał się sprowokować rywalom, dostał technika, a jego zmiennik podkręcił kostkę. Tak to się nam nie układało. Mimo tego władze uznały, że wykonałem dobrą pracę i zaproponowali mi dalsze zatrudnienie w kadrze. Teraz po turnieju eliminacyjnym dostaliśmy się do kolejnego etapu kwalifikacji do mistrzostw świata, ale tu trafiliśmy do bardzo silnej grupy. Na razie przegraliśmy z mistrzem Europy Słowenią oraz Czarnogórą, a czeka na nas jeszcze Hiszpania, brązowy medalista ME 2017 r. Te zespoły na pewno mają większe indywidualności niż my. Nam ciągle brakuje czasu, by ten zespół mógł dłużej ze sobą popracować.